main graphic

main graphic

Slumsy, Cebu - Filipiny

Staliśmy pośrodku małego pomieszczenia. W tutejszym kontekście nazywają to mieszkaniem. Kawałki kartonów i desek stanowią konstrukcję ścian, a połamane płyty plastikowe i kawałki metalowych płat przypominają coś, co nazywamy dachem. Przeciekał. Patrzyłem na małe kałuże na ziemi.

Nie było podłogi. Kobieta w średnim wieku, około 45 lat, przyniosła plastikowe pojemniki po farbie. Ustawiła je do góry nogami i położyła skrawki tektury. To były nasze krzesełka.

Chwilę rozglądałem się wokoło, w końcu położyłem Pismo Św. na kolanach. Po chwili wbiegły dwie małe dziewczynki. Były boso. Starsza z nich, około 6-letnia Weronika, przywitała się z nami. Zatrzymała się przy mnie. 

- Co to jest? – palcem pokazała Biblię.

Nie zdążyłem odpowiedzieć. Schwyciła Pismo Św. przytuliła i podeszła do kobiety. Wtuliła się w jej ciało.

- Jestem głodna – po chwili usłyszałem szept dziewczynki.

Słowo Boga i ubodzy! Ubodzy i Ewangelizacja! Kto kogo i czego jest głodny? Kiedy mówimy o ubogich, pierwsza myśl jaka się pojawia, to pomoc charytatywna. Dzielimy się chlebem, organizujemy pomoc medyczną i kupujemy lekarstwa. Sponsorujemy naukę dla dzieci i młodych oraz organizujemy pracę dla dorosłych. Pomagamy budować godne miejsca zamieszkania.

Ludzie wiary czynią to w imię miłości Boga. Ci, którzy nie wierzą pomagają ubogim w imię solidarności i praw człowieka. Rzadko słyszę o ewangelizowaniu ubogich. 

Zdarzyło się to w Nairobi w Kenii. W godzinach poranych wraz z dwoma innymi werbistami przekroczyliśmy coś w rodzaju bramy, wręcz granicy. Zrobiliśmy kilka kroków i wszystko raptownie się zmieniło. Tak jakbyśmy wkroczyli w inny świat. Na starym słupie wisiała tabliczka z napisem „Kiber”. Wielu powiada, że są to największe slumsy w Afryce.

Odwiedziliśmy kilka rodzin. Dużo opowiadali o życiu w ubóstwie. Weszliśmy do kilku małych sklepików, zaimprowizowanych wzdłuż głównej drogi. Skosztowaliśmy kilku lokalnych przysmaków na straganach wciśniętych między sklepikami. Ruszyliśmy w stronę bramy, zapadał zmierzch. Ktoś wołał gdzieś w oddali. Nie zwracałem jednak na to uwagi. Tu wszyscy wołali jeden na drugiego.

- Ojcze – wyszeptała Weronika nico zdyszanym głosem - twoje Pismo Święte.

Uśmiechnęła się i podała mi Biblię.

Wróciłem do siebie. Położyłem Pismo Święte na biurku. „Po co ci Biblia w Kiber” – oburzonym nieco tonem zaatakowała mnie moja logika. 

- Panie, co mam robić z Biblią wśród ubogich? – wyszeptały moje usta. Ciągle widziałem żywe obrazy z Kiber. – Przecież oni potrzebują jedzenia, czystej wody, godnych warunków do mieszkania – przekomarzałem się z Bogiem. – Dzieci potrzebują dostępu do nauki, młodzi ludzie potrzebują perspektyw na życie, a rodzice pracy – recytowałem długą listę życzeń i potrzeb ubogich. – Chorzy potrzebują lekarza i lekarstw.

Zamilkłem. Długo milczałem.

- A Ty chcesz, abym głosił im Ewangelię? – szukałem konkretnej odpowiedzi. – Powiedz co chcesz, abym zrobił z Twoim Słowem, kiedy idę do ubogich?

Trwało to nieco dłużej niż miesiąc. Każdego dnia, wiele razy dziennie, zadawałem Mu to samo pytanie.

- Pisma Świętego potrzebujesz Ty – pewnego poranka w kaplicy adoracji Najświętszego Sakramentu usłyszałem odpowiedź. – Ty potrzebujesz bliskiej, intymnej relacji ze Słowem, abyś nie utracić wiary w to, że Bóg Ojciec jest Stwórcą świata i ziemi.

Zapadła cisza.

- Chcę, abyś zawsze wierzył i praktykował to, że Słowo, które stało się Ciałem jest Królem i władcą Wszechświata i nie ma innego - słyszałem w sobie głos Boga.

Milczałem. Otworzyłem oczy i spojrzałem na Najświętszy Sakrament. 

- Nie chcę abyś narzekał, obwiniał i oceniał innych, tych którzy są obojętni albo winni ubóstwa wielu - dodał głos. - Chcę, abyś służył im w radości serca. W radości zakorzenionej w miłości Boga do świata i stworzenia (J 3, 16).

Kilka dni później, wczesnym rankiem, zapakowałem mały plecak. Pismo Święte leżało otwarte na biurku. Położyłem na nim dłonie i zamknąłem oczy. Po chwili chwyciłem plecak, przerzuciłem przez ramie i wyszedłem na ulicę. Ruszyłem w stronę Kiber.

Minęło kilka lat. Jestem w Manilii na Filipinach. Zasznurowałem plecak i położyłem na łóżku. Usiadłem przy biurku i otworzyłem Pismo Święte. Przez chwilę wzrokiem medytowałem słowo Boga. Wstałem, chwyciłem plecak i szybkim krokiem wyszedłem na ulicę.

Ruszyłem w kierunku Tondo. Jest to jedna z dzielnic Manilii, gdzie mieszka duża liczba ubogich. Minęły trzy długie dni. Każdego poranka powtarzałem te same czynności. Zapadł wieczór, wróciłem do siebie. Byłem wyczerpany. Nie było to fizyczne zmęczenie. Było to raczej „wypalenie” wiary oraz przemęczenie logiki i uczuć spowodowane oskarżeniami i negatywnymi myślami o wielkich tego świata.

Kilka dni w Tondo ponownie otwarło moje oczy. Brak podstawowych środków do życia nie był jedynym i wyłącznym problemem ubogich. Podstawowy problem polegał na tym, że oni uwierzyli w to, że są ubodzy. Ktoś skutecznie wbił to w ich umysły. Uwierzyli, że są ubodzy, ponieważ patrzyli na rzeczywistość własnego życia oczyma tego świata. Świata, który "nie poznał Boga" (J 17, 25). Nie znali i nie wiedzieli w sobie daru który otrzymali od Boga Stwórcy. Nie byli dumni z otrzymanej godności - obrazu podobieństwa bożego (Rdz. 1, 27). Poddali się. Po prostu uzależnili się od charytatywnej pomocy innych ludzi.

Usiadłem przy biurku. Położyłem dłonie na Piśmie Świętym. Zamknąłem oczy. Nowa wizja, perspektywa i rozumienie ubogich oraz pracy z nimi przedzierała się przez ciemności logiki i „wypalonej” wiary.

- Panie, nie mogę zaspakajać tylko i wyłącznie codziennych potrzeb ich ciała – musiałem wyrzucić to z siebie. – Przecież nie samym chlebem żyje człowiek – zacytowałem Jego własne słowa (Mt 4, 4) – ale każdym słowem, które pochodzi z usta Boga.

Moja logika zdziwiła się własnymi myślami. Milczałem. Dłonie mocnej przycisnęły Biblię. Szukałem wsparcia. Logika była zaniepokojona tym, że utraci popularność w oczach tego świata. Lękała się własnych myśli.

- Panie – wykrztusiłem z siebie – nie mogę przemilczeć wobec ubogich tego, co stanowi największy skarb, piękno i prawdę o człowieku, a zarazem stanowi jego codzienny pokarm – dodałem szeptem. - Godność, której dawcą jest sam Stwórca.

Zadzwonił telefon, spojrzałem na wyświetlacz. Znajomi z Europy. 

- Przecież nie chcecie, żebym karmił ich tylko rybami i zaspakajał ich codzienne potrzeby - wyjaśniłem. Oburzyli się wręcz, kiedy powiedziałem, że ie samym chlebem żyje człowiek. Chyba straciłem popularność w ich oczach.

- Nie możesz tak mówić, przecież jesteś księdzem - usłyszałem. - Ubodzy każdego dnia są głodni, a tych chcesz im powiedzieć, że nie samym chlebem żyje człowiek.

- To nie są moje słowa – wyjaśniłem. - Chcę dać im coś więcej. Miałem na myśli przysłowiową wędkę, a nie tylko ryby. - Chcę, aby odkryli w sobie i byli dumni z prawdy, piękna i wielkości tego, kim są. Nawet w kontekście ubóstwa.

Milczeli, a ja szukałem odpowiednich słów.

- Chcę, aby odkryli godność, która jest mocą i inspiracją - powiedziałem. - Chcę, aby wzięli odpowiedzialność za lepsze jutro we własne ręce. 

- Ale oni potrzebują pomocy – padła szybka odpowiedź. – Potrzebują twojej pomocy.

- Oczywiście – odpowiedziałem. – W każdej chwili, kiedy tylko poproszą. 

Następnego dnia obudziłem się wcześnie rano. Zapakowałem plecak. Chwyciłem Pismo Święte i włożyłem je do środka. Wyszedłem na ulicę i ruszyłem w kierunku Tondo.

Janusz Prud SVD
0
0
0
s2smodern