main graphic

main graphic

O trądzie wiedziałem tyle, co większość ludzi. Mówiła o nim Biblia i historia życia ojca Damiana de Vester, w której się rozczytywałem. Potem przyszły spotkania z ojcem Żelazkiem i doktor Błeńską. Wciąż jednak była to wiedza jedynie teoretyczna i odległa.

Trędowaci jawili się jako ludzie pokrzywdzeni przez los, wypędzani ze swoich środowisk i skazani na wegetację w odizolowanych koloniach. Ich zdeformowane ręce i stopy, a czasami twarze, skutecznie odbierały nadzieję i były stygmatem na całe życie, od którego przechodnie odwracali wzrok. Trąd zawsze budził lęk.

Był poranek, dzień egzaminów. Długo zastanawiałem się, czy wysłać jej bardzo prosty tekst: „czy chcesz, abym pomodlił się za Ciebie?” Wiedziałem, że nie tylko wyznawała, ale i praktykowała buddyzm. W końcu nacisnąłem klawisz z napisem "WYŚLIJ". Minęły dwie lub trzy minuty, usłyszałem krótką melodyjkę, przyszła wiadomość.

„Tak, tak” – czytałem – „proszę, módl się za mnie”. Po czym przyszła seria krótkich tekstów.
„To jest niesamowite.” – pisała – „Siła i moc modlitwy wprawia mnie w zachwyt.”

Wydarzyło się to w Tutume w Botswanie. Niedzielny poranek. Odsuwam zasłony. Promienie porannego słońca wypełniają pokój. Zaspanym nieco wzrokiem obserwuję misję. Cisza i pustka. Msza rozpocznie się dopiero za godzinę.

W pewnej chwili wzrok zatrzymuje się na postaci starszej osoby. Mężczyzna, około75 lat, siedzi na kamieniu pod drzewem mopane (gatunek występujący w południowej części kontynentu afrykańskiego). W jego postawie nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt leżącej na jego kolanach otwartej Biblii.

Bardzo ciekawa historia związana jest z namalowaniem obrazu "Ostatniej Wieczerzy ze Steylu". Namalowanie obrazu nie było związane z konkretnym zamówieniem, ale jest to… wotum za cudowne uzdrowienie. Miało ono miejsce w 1929 roku. Brat zakonny, elektryk, został porażony prądem i stracił władzę w ręce. Medycyna nie była w stanie mu pomóc.

Pracując nad koncepcją witraży w oknach, brałem pod uwagę ten obraz „Ostatniej Wieczerzy”, ale brakowało mi na nim wyraźnego motywu misyjnego. Kiedy usłyszałem, że jest to wotum dziękczynne dla patronki misji katolickich, moje pragnienie zostało częściowo spełnione. Okazało się jednak, że to nie wszystko.

Jak to się stało, że zostałem werbistą? Głównie za sprawą kieszonkowego kalendarzyka, który dostałem od siostry zakrystianki z parafii, gdzie byłem ministrantem. Kończyłem wtedy podstawówkę i powoli trzeba było myśleć, co dalej.

Zawsze zazdrościłem kolegom, którzy dokładnie wiedzieli, kim będą w przyszłości. I choć później ich losy często potoczyły się inaczej, to na tym etapie życia wiedzieli. Ja nie wiedziałem. Gdy jednak nieubłaganie nadciągał czas, by taką wiedzę zdobyć, zawsze na horyzoncie pojawiali się werbiści. Wtedy jeszcze żadnego z nich nie spotkałem; miałem jedynie kalendarzyk wydany przez nich. I to wystarczyło.

Szatan - wróg szczęścia ludzkiego - prowokuje pozbawienie Hioba wszystkiego, co drogie jego sercu, pragnąc wykazać w ten sposób, że jego wiara jest jakby psim przywiązaniem do Boga, za miskę smacznej strawy, którą dostał od życia. Wystarczy zabrać michę, a z wiary nic nie zostanie. I tak zostało mu odebrane bogactwo, następnie dzieci, a następnie zdrowie. Wraz z tym wszystkim znikł też szacunek, jakim Hiob cieszył się wśród ludzi.

Jakąś smutną ironią jest to, że pozostawiona mu została… żona. Czyżby nie była jego ukochanym dobrem? Dlaczego i jej nie stracił?

Przeglądaj wg autorów

NEWSLETTER

Chcesz otrzymywać powiadomienia o najciekawszych tekstach?