main graphic

main graphic

Z cyklu "Osobiste doświadczenie Słowa

Entuzjazm i zaangażowanie

Czasami mamy pragnienie, aby uczynić coś dobrego dla innych. Wyjść poza schematy codziennego myślenia i postępowania, aby stawać się „kim właściwie jesteśmy”. Innymi słowy, pragniemy podzielić się otrzymanymi talentami. W takich chwilach zadajemy sobie pytanie, czy można uczynić jakiekolwiek dobro bez Chrystusa? Dobro, którego owce są trwałe (J 15, 16), czyli posiadają „zbawczą naturę”.

Każdy dobry uczynek to dzieło miłości Boga, bez którego nic nie możemy uczynić (J 15, 5). Angażując się więc w zbawcze dzieła Chrystusa, wymaga to z naszej strony pokory i akceptacji, a zarazem postawy zaufania, która jest fundamentem wytrwania do końca (Mt. 24, 13).

Wracałem z kolejnego spotkania. Raz jeszcze wiele dyskutowaliśmy o ludziach chorych na HIV/AIDS. Statystyki pokazywały, że prawie co czwarta osoba była nosicielem wirusa. Kościół prowadził wiele dobrych akcji. Chciałem jednak zrobić coś dobrego, siebie. Po prostu, chciałem podzielić się otrzymanym talentem. Dojechałem do mojej misji w Serowe w Botswanie. Pustaka w głowie, brakowało pomysłów. Codziennie odmawiałem dziesiątkę różańca. Prosiłem Ducha Świętego o światło.

Minęło kilka miesięcy, otrzymałem odpowiedź! Otworzyłem Ewangelię św. Mateusza i półgłosem przeczytam: „Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec” (Mt 18, 19). Wiedziałem co zrobić. Wspólna modlitwa. Nie wiedziałem jeszcze, jak wprowadzić to w życie.

Minęły kolejne dwa miesiące. Raz jeszcze otrzymałem odpowiedź. Miałem zorganizować pielgrzymkę rowerową. Trasa o długości około 1500 km, z północy kraju (Kasane) na południe (Tshabong). Była to indywidualna wyprawa, która miała za cel zmobilizowanie i zaangażowanie innych do wspólnej modlitwy.

Każde małe czy duże dzieło, które Bóg czyni na horyzoncie naszej codziennej rzeczywistość, dokonuje się w atmosferze całkowitego zaufania i mocy „wytrwania do końca”. To przede wszystkim wyjście ze starych i komfortowych schematów. To wyjście na „głębię” i odważne kroczenie po nieograniczonych przestrzeniach ludzkich możliwości. Przestrzeniach, których nie znamy. To kroczenie po falach morza, które czasami się burzą. To uważne, w atmosferze wiary i zaufania, słuchanie słów Chrystusa, który zwraca się do uczniów: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się” (Mt. 14, 27).

Z nieukrywanym entuzjazmem i radością rozpocząłem przygotowania. Wyszedłem do innych. Wiele katolickich wspólnot przyłączyło się do wspólnej modlitwy. Wiele indywidualnych osób oraz kilka protestanckich wspólnot pozytywnie odpowiedziało na nasze zaproszenie. Zdanie było proste, odmówić pięć razy dziennie „Ojcze nasz” w czasie mego pielgrzymowania. Mieliśmy tylko jedną intencję – „zgodnie o coś prosić będą na ziemi” – aby Bóg "uzdrowił wirusa HIV / AIDS”. Wydawałoby się, że pięć „Ojcze nasz” to nic wielkiego. A jednak dla niektórych akt codziennej modlitwy był swego rodzaju wyzwaniem. Pamiętam ich słowa: „złożę ofiarę pieniężną, ale nie chciej, abym modlił się codziennie”.

Z entuzjazmem i radością przygotowałem rower i sprzęt kampingowy. Kilka nocy musiałem spędzić w buszu, nie było żadnej misji w pobliżu. Kilka dni przed wyprawą, pojechałem na północ kraju. Zakopywałem pojemniki z wodą w buszu. Zapasy w trasie. Były tam duże przestrzenie bez żywej duszy. Byliśmy gotowi.

Lęk i zwątpienie

Każde dobre dzieło Boga - proces przeżywania zbawienia dokonanego przez Chrystusa – jest niczym innym jak wprowadzaniem życia w rzeczywistość człowieka. A życie to światło, jak mówi św. Jan (J 1, 4). Nie wszyscy jednak rozpoznają życie i żyją jego pełnią. Jest grupa ludzi, która „bardziej umiłowała ciemność aniżeli światło” (J 3, 19). Wybrali egzystencję, która jest niczym innym jak skupieniem się wyłącznie na samym sobie. Dlatego egzystencja – ciemność – zawsze sprzeciwia się życiu, a tym samym wyzwala lęki, niepokoje i zwątpienie. Owoce egzystencji.

Pozostało kilka dni do wyruszenia w drogę. Pojawiła się ciemność. Lęk, niepokój i zwątpienie skutecznie wkradły się w perspektywy mego myślnie.

- Nie musisz pielgrzymować na rowerze – to była pierwsza myśl ciemności. - Nie musisz narażać się na niewygodę, niebezpieczeństwo i nieznane. Przecież możesz modlić się z ludźmi codziennie w kościele -  logika wyliczała konkretne argumenty.

Ciemność w kontekście światła ma wyraźnie kształty – entuzjazm vs. zwątpienie, radość vs. niepokoje – podobnie jak życie w kontekście śmierci.

- Czy nie ryzykujesz? – pewnego dnia zagadnął znajomy.

- Gdzie widzisz ryzyko? – nie bardzo rozumiałem jego niepokoje.

- W intencji twojego dzieła modlitewnego – wyjaśnił. – Co się stanie, jeżeli Bóg nie uzdrowi HIV / AIDS?

- Jak i kiedy Bóg to uczyni, zostawmy to Jego woli i miłości – odpowiedziałem.– My jedynie skupmy się na modlitwie. Czy w tym widzisz ryzyko?

Jednak moja logika podchwyciła jego argument. Nie byłem już pewny ani podjętego dzieła ani wyznaczonej intencji.

Następnego dnia, inny znajomy przekonywał mnie, abym wziął broń na drogę. Mówił o niebezpieczeństwie podróżowania, szczególnie przez teren Parku Narodowego. Było tam wiele dzikich zwierząt - słonie, żyrafy, bawoły czy lwy.

- Dzięki serdecznie – odmówiłem. Po prostu nie umiałam posługiwać się bronią. Wróciłem na misję.

Tej nocy nie zmrużyłem oka. Lęki i niepokoje skutecznie zawładnęły mój intelekt i uczucia. W gruncie rzeczy nie tyle bałem się zwierząt, co raczej samotności w drodze. Noc przed wyprawą była jednym wielkim koszmarem myśli i uczuć. Czułem się, jakby lęk i niepokój paraliżowały moje ciało.

Wsiadłem na rower, była piąta rano. Powoli ruszyłem w drogę. Moi znajomi życzyli dobrej i szczęśliwej drogi, pomachali i odjechali. Zostałem sam. Spojrzałem przed siebie, długi prosty odcinek drogi.

- 1500 kilometrów pedałowania - pomyślałem.

Logika wykorzystała słabość chwili i dodała:

- Po co ci to wszystko? Nie musisz niczego udowadniać ani sobie ani innym.

Oczekiwała wręcz, abym zrezygnował z czegoś, czego jeszcze nie wprowadziłem w życie.

Minęły dwa tygodnie. Zatrzymałem się przy znaku drogowym z napisem "Tshabong". Entuzjazm i radość ponownie wypełniły moje serce. Doświadczyłem czegoś, co nazywam „pełnią życia”. Innymi słowy, światłość w tak zwanym mgnieniu oka pokazała mi piękno i dobro - to, kim właściwie byłem. Logika zrozumiała znaczenie i piękno słów Chrystusa: „Kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13). Słowo Boga stało się Ciałem! Stało się ciałem zarówno w moim życiu, jak również w życiu wielu, którzy przyłączyli się do wspólnej modlitwy. Dobre dzieło Boga stało się rzeczywistością.

Janusz Prud SVD
blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2smodern