Świat weług werbistów

BLOG

Przebudzenie wiary: prosili, aby Bóg pozostał z nami

Z cyklu "Wierzę i co dalej?"

Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni” (J 4, 40)

Z nieukrywanym trudem wdrapali się na kolejną górę usypaną z piasków pustyni. Trwali ciągle w drodze! Nie podawali się chwilowym nastrojom zwątpienia i rozpaczy. Stanęli na wierzchołku góry. Przed nimi rozpościerała się nieograniczona przestrzeń pustyni. Spuścili oczy. Myśli i uczucia po raz kolejny zakwestionowały sensowność podjętej wyprawy. 

- On jest tam – kobieta wskazała małą oazę, kilka drzew ledwo dostrzegalnych gołym okiem. - To tylko godzina drogi, trwajcie – uśmiechnęła się do towarzyszy podroży. 

Przy jednej ze studni siedziała grupka osób. Słuchali młodego mężczyzny. Samarytanie przyłączyli się do nich, usiedli i skupili się na słowach mówcy. Nie wiedzieli kim był, a jednak słuchali uważnie. Kiedy wszyscy się rozeszli, kobieta szepnęła: - To On.

Podeszli do Chrystusa. Uśmiechali się, a raczej to On powitał ich uśmiechem. Chwila milczenia.

- Proszę, zostań z nami - wypowiedzieli jednym głosem, jakby wcześniej to zaplanowali. Chrystus spojrzał na nich. Nic nie odpowiedział, dłonią zaprosił ich do stołu. 

- Zostań z nami – raz jeszcze powtórzyli prośbę. Chrystus uśmiechał się do nich i „pozostał z nimi dwa dni”. Im bardziej Go słuchali tym bardziej pragnęli poznać Prawdę i Miłość. Pragnęli nie tyle zrozumieć Prawdę intelektem, ile Ją przeżyć i doświadczyć. 

Była noc, wszyscy już spali. Martin spakował plecak i po cichu opuścił ośrodek rekolekcyjny. Wyszedł na drogę i spojrzał za siebie. Dawno temu planował przeżyć i doświadczyć 30-dniowych rekolekcji duchowej odnowy. Była pełnia księżyca. Wolnym krokiem ruszył przed siebie. Szedł polną drogą w samym sercu lasu. Cisza, świeże powietrze i przeżyte kilka dni modlitewnego skupienia sprawiły, że czuł się dobrze.

Jeszcze kilka dni temu, wydawało mu się, że dotknął dna. Przeżywał pustkę, samotność i bezsensowność. Nie umiał kochać, tym samym nie umiał być kochanym. Kiedyś szukał prawdy, nigdy jednak miłości. Był głodny Prawdy, takiej Prawdy, która czyni człowieka wolnym. Był przeogromnie spragniony Miłości, takiej miłości, która przemienia ludzkie serce i pozwala wyjść poza niewole samego siebie.

Jeszcze kilka dni temu, Martin był totalnie zniewolony pragnieniem siebie. Myślał i robił wszystko, aby zadowolić siebie i tylko siebie. Robił wszystko, aby stworzyć własny świat komfortu, wygody i szczęścia. Stworzył swój własny zamknięty świat, daleki od Prawdy i prawdziwej miłości. 

Wolnym krokiem szedł w kierunku głównej drogi. Tam miał czekać na niego samochód z firmy. W pewnej chwili ogarnęło go poczucie żalu. Miał pewnego rodzaju wyrzut do samego siebie. Nie umiał powiedzieć „nie”. Wolał raczej zrezygnować z kontynuowania rekolekcji niż stracić możliwość awansu. Przestraszył się innych i przestraszył się samego siebie. Sekretarka zadzwoniła wcześnie rano. 

- Główny menadżer zorganizował spotkanie dla grupy kierowników – nieco zdenerwowanym głosem mówiła sekretarka. – Jutro rano.

- Nie mogę – odpowiedział odruchowo. – Przecież ja jestem na rekolekcjach 

- Nie rozumiem, gdzie jest problem – odpowiedziała sekretarka. – O której godzinie chce pan, abyśmy wysłali auto?

- Ja jestem zajęty – nico zirytowanym głosem odpowiedział Martin. – Czy pani tego nie rozumie?

- Przecież może pan skończyć swoje duchowe ćwiczenia później – sekretarka była osobą niewierzącą. – To nie ucieknie. 

Martin milczał, zrozumiał, że każda argumentacja jest waleniem głową w mur.

- Proszę przysłać auto wieczorem.

Był niedaleko głównej drogi, w oddali widział światła zaparkowanego samochodu. Zatrzymał się na środku polnej dogi. Był sam i tylko sam. Po raz kolejny przegrał, wycofał się z drogi poszukiwania Prawdy. Nie umiał wytrwać do końca. Nie był na tyle mocny, aby zaryzykować, a nawet coś stracić, dla Prawdy. Wyrzuty sumienia zawładnęły jego umysłem i sercem. Po raz kolejny świat, jego iluzje władzy, posiadania i bezpieczeństwa, stały się czymś ważniejszym od spotkania i poznania Prawdy. Chwilę rozglądał się wokoło, po czym uklęknął na dwa kolana na środku piaszczystej drogi. Spojrzał na księżyc, schylił głowę.

- Pozostań ze mną Panie – szepnął nie wiedząc, co powiedzieć. – Nie jestem na tyle mocny, aby wyrwać się z tłumu tego świata. Nie jestem na tyle mocny, aby dla Prawdy zrezygnować z bogactwa i bezpieczeństwa, jakie daje mi świat. Po prostu boję się!

Długo milczał. Otworzył oczy, nowy blask nadziei pojawił się w jego spojrzeniu.

– Panie pozostań ze mną. Bądź obecny w moim tłumie tego świata. Bądź ze mną i prowadź do Prawdy. 

Samarytanie uważnie słuchali słów Chrystusa. Rozpoznali w nich Prawdę i Miłość. Po raz pierwszy zrozumieli, że nie ma Prawdy bez Miłości ani Miłości bez Prawdy. Zrozumieli, że Prawda czyni człowieka wolnym tylko i wyłącznie w kontekście Miłości. Pokochali Jego naukę. Innymi słowy, uwierzyli i pokochali Miłość i Prawdę, którą jest sam Chrystus. Zrozumieli, że Miłość to nie zdobywanie wiedzy i intelektualne poznanie. Potrzebowali Jego obecności.

Podeszli do Chrystusa i prosili Go, aby pozostał z nimi. Z doświadczenia wiedzieli, że miłość rodzi się i rozwija w kontekście intymnej relacji z drugą osobą i jest fundamentem poznania, wyboru, pokochania i wierności.

Często doświadczamy otaczającego nas tłumu ludzi, który ciągle za czymś goni i czegoś oczekuje. Pamiętajmy, że w tłumie jest wiele osób, które nie przyjęły Słowa (Chrystusa), gdy „przyszło do swojej własności” (J 1, 11). Te osoby ani nie zbliżają się do Chrystusa, ani nie proszą Go, aby z nimi pozostał. Oni w ogóle nie są zainteresowani ani Prawdą ani Miłością, którą jest Bóg. Zachowują się po prostu tak, jakby nie potrzebowali Prawdy i Miłości. Stali się wystarczalni sami dla siebie. Sami zaspakajają swoje potrzeby komfortu, bezpieczeństwa i szczęścia. Wydaje im się, że kontrolują wydarzenia życia. Stali się bogami dla samych siebie.

Oczywiście ta grupa ludzi nie mówi nic o doświadczeniu cierpienia, śmierci czy o życiu po śmierci. Wręcz przeciwnie, promują śmierć dla tych, którzy są niewygodni, bezużyteczni i są „ciężarem” dla społeczeństwa. Milczą w obliczu cierpienia, pustki, bezsensowności czy śmierci. Milczą, ponieważ życie dla nich to czysta egzystencja ciała, intelektu i uczuć od momentu narodzenia do chwili śmierci. 

Samarytanie wyszli z tłumu. Przestali słuchać tych, którzy odrzucili Słowo życia (J 6, 68). Odrzucili ich naukę o prawdzie i miłości. Zrozumieli - takie było ich doświadczenie - że Prawda i Miłość nie może być ograniczona perspektywą narodzenia i śmierci. Dlatego zdecydowali się, aby osobiście spotkać, słuchać i poznać Chrystusa.

Im więcej osób gromadziło się wokół Chrystusa, aby słuchać Jego słów, tym więcej w Niego uwierzyło. „I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo” (J 4, 41).

Janusz Prud SVD, Filipiny
Zawsze otwarci na znaki czasu staramy się kroczyć nowymi drogami,
jeżeli zapowiadają one większą skuteczność w wypełnianiu misyjnego nakazu.

KONSTYTUCJE SVD