main graphic

main graphic

„Najsmutnieszy pogrzeb to taki, na którym nikt nie płacze” – taka myśl przyszła mi do głowy kiedyś, bardzo już dawno temu, podczas mojej misyjnej praktyki w Argentynie, w mieście Rafael Calzada na obrzeżach Buenos Aires. Tam werbiści mają duży dom i szkołę, w której kiedyś było seminarium oraz ładny teren z boiskiem i cmentarzem.

Wielu argentyńskich werbistów tam właśnie jest pochowanych. W ostatnich latach znajduje się tam również „dom spokojnej starości” dla naszych współbraci, więc bliskość cmentarza jest nawet praktyczna.

Zdarzyło się to w San Jose na filipińskiej wyspie Mindoro. Do kaplicy adoracji Najświętszego Sakramentu weszła około 35-letnia kobieta z małą trzyletnią dziewczynką. Kobieta uklękła na dwa kolana, zamknęła oczy i zatopiła się w modlitwie. Dziewczynka przez chwilę przyglądała się matce, po czym uklękła na dwa kolana i zamknęła oczy. Trwało to może z minutę. Następnie usiadła i wtuliła się w ciało matki. Po 10 minutach matka wstała i wyszła z dzieckiem z kaplicy. 

Wyobraźcie sobie uczucie radości i fascynacji jakie przeżyło dziecko w doświadczeniu intymnej relacji miłości ukochanej matki z Bogiem. Obudził się potencjał wiary.

Wiara to głos i moc Boga w człowieku, który pragnie a zarazem buduje intymne relacje ze swoim Stwórcą. Genetyczne predyspozycje, intelekt, wiedza czy biologia człowieka nie posiadają ani takiej potrzeby ani takiej mocy. Ktoś powiedział, że jest to perspektywa i rozwiązanie dla ludzi wierzących. Pracowałem na trzech kontynentach i wszędzie, czy to w Europie, czy w Afryce, czy obecnie w Azji, człowiek w coś lub kogoś wierzy i nie przestaje szukać miłości. Wierzący czy niewierzący pragnie kochać i być kochanym.

W Polsce jeszcze ciągle dominuje model parafii „usługowej”. Ludzie chodzą do kościoła, spowiadają się, przystępują do innych sakramentów. Nie ma urodzin bez chrztu, nie ma śmierci bez pogrzebu. Ale pozostaje pragnienie większego zaangażowania, tęsknota za chrześcijaństwem bardziej gorliwym, świadomym, przekonanym i służebnym. Tylko jak zbudować taką wspólnotę? Inicjatywy duszpasterskie często przypominają „podpalanie benzyną zielonych gałęzi”.

Ciekaw jestem, czy hasło „Ochrzczeni i posłani” jest w stanie poruszyć serce przeciętnego katolika? W społeczeństwach tradycyjnie katolickich, do jakich należy Polska, nie jest niczym niezwykłym. Prawie wszyscy zostali ochrzczeni w dzieciństwie, przez co fakt chrztu - czyli początku naszej wiary - znajduje się zupełnie poza naszą świadomością. Jedyne, co możemy zrobić, to zbudować w sobie świadomość człowieka ochrzczonego.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja nie jestem przeciwko chrzczeniu małych dzieci. Raczej chcę zwrócić uwagę, że jako dorośli ludzie niezbyt często w naszym duchowym życiu odwołujemy się do tego faktu, że jesteśmy ludźmi ochrzczonymi. Częściej mówimy o sobie, że jesteśmy ludźmi wierzącymi lub że chodzimy do kościoła.

Struktura człowieka, jego umysł, ciało i uczucia, to żywy i dynamiczny organizm, który ciągle rozwija się i podlega zmianom. Nigdy nie zatrzymuje się „w drodze” ani nie zadowala samą tylko egzystencją. Psychologia nie mówi jednak nic o duszy człowieka. Chciałbym zaproponować biblijne rozumienie człowieka oraz perspektywę jego rozwoju i dojrzewania.

Biblia rozumie człowieka jako serce, dusza, moc (ciało) i umysł (Łk 10, 27), który jest zaproszony do kochania Boga, bliźniego i siebie całym sobą. Obraz i Podobieństwo Boga (Rdz 1, 26) jest darem Jego miłości. Bóg jest miłością (1 J 4, 16), która uzdalnia człowieka do kochania i bycia kochanym.

Przeglądaj wg autorów

NEWSLETTER

Chcesz otrzymywać powiadomienia o najciekawszych tekstach?