Są takie biblijne obrazy, które zostają gdzieś zakamarkach ucha i pod powiekami na dłużej. Wracają same z siebie. Nie chcą odejść. W najmniej oczekiwanym momencie ujawniają cały swój potencjał i moc, z którymi bywa, że nie wiemy, co zrobić.
Dla mnie jedną z takich scen, która powraca, jest Kana Galilejska i odbywające się tam wesele. Dziwne wesele. Nie wiem, kim byli państwo młodzi. Wiem, że zabrakło im wina. Wiem, że była tam Matka Jezusa. I że zaproszono na wesele także Jezusa i jego uczniów.
Nie wiem, ile razy ta Ewangelia posłużyła mi za punkt wyjścia do homilii ślubnej. Raz oparłem na niej całe rekolekcje dla wspólnoty sióstr, a potem słuchali o Kanie księża i bracia w Studzienicznej. Ale pierwszy raz Kana i wydarzenia opisane w drugim rozdziale janowej Ewangelii nie chcą mnie opuścić w czasie okołoświątecznym.
Będziemy w życzeniach świątecznych, tych pisanych i mówionych powtarzać słowa o ‘misterium Wcielenia’. Ładnie i mądrze to brzmi, nie da się ukryć. Ciągle jednak prawda bijąca z tych słów jest przed nami. Może nie daleko, ale jednak przed nami. Mozolnie do niej dochodzimy. Po omacku. Znaczy, że po ciemku. Albo z oczami uparcie zamkniętymi. Bo głęboka jest noc ludzkiej wędrówki. Pełna wykrotów i głazów, kamieni upadku. I zdaje się że sięga właśnie swej połowy, bo rozlega się wołanie, które zwiastuje nadejście oblubieńca.
Zaczyna się czas godów, czas opatrzyć swoje lampy. Mam przed oczami Jezusa, który staje nad kamienną stągwią. Jedną z sześciu, dzielących tą samą pustkę. On jeden wie, jak suche jest dno tego naczynia, jak wielkim jest nic, które w sobie zawiera.
Bo wielka jest pustka człowieka, który po drodze rozlał wszystko, czym był wypełniony. Zgubił nie tylko światło, przez co skazał się na ciągle upadki ale wydaje się też, że zagubił całe swoje człowieczeństwo, do ostatniej kropli. Została ta pustka glinianej skorupy, sucha z pragnienia, konająca. I to właśnie noc betlejemska, choć z dala od Kany, jest czasem wesela, nowych godów, w którym pustkę stągwi Bóg wypełnia człowieczeństwem, aż po brzegi – i swą boską naturę, bez zmieszania a w idealnej harmonii, której na imię Jezus z Nazaretu.
W Betlejem to puste naczynie ożywa, zaczyna kwilić, więcej, staje się źródłem, które się nie wyczerpie, studnią otwartą dla każdego. Nawet przebite włócznią, nic nie utraci, nie wyschnie i nie zmąci się. Nie przestanie obmywać i gasić pragnienia.
Obyśmy widząc Jego chwałę uwierzyli, jak uwierzyli uczniowie.