Całe swoje dorosłe życie, Jezus szedł w utrudzeniu drogami Palestyny, siejąc Słowa Ewangelii, obdarzając ludzi cudami i swoją miłością. Teraz Chrystus rozpoczyna swoją ostatnią drogę.
Dla Jezusa nie była trudna żadna praca i żadna modlitwa. Nie był mu też daleki żaden zakątek ziemi, po której dotychczas wędrował. Na pewno jednak wyruszającemu w drogę nie było łatwo zostawić samotnej matki, dla której był jedyną podporą. Ale On opuścił ją i poszedł, by wypełnić do końca wolę tego, który Go posłał. A posłany był tam, gdzie był człowiek.
Jak Dobry Pasterz niósł na swoich ramionach zagubioną owcę, tak On chciał przynieść do Domu Ojca człowieka zagubionego na ścieżkach życia. Wreszcie obszedł już wszystkie życiem wyznaczone mu drogi. Została tylko ta jedna, ostatnia droga - krzyżowa.
Droga wznosiła się do góry, a jej widok rozmywał się w oczach okropnej męki, do której rytm wygrywał świszczący w piersiach oddech umęczonego ciała i bęben wbijającej się coraz głębiej w skronie cierniowej korony.
Ta droga miała schody i ciemność przed oczyma. Tę drogę cechowały uderzenia w plecy katowskiego bata i ciężkiego krzyża. Tej drodze towarzyszyły ukazujące się twarze i stopy ludzkie, upadki raniące uderzeniem o twarde kamienie jerozolimskiego bruku głowę okrytą cierniową koroną.
Na tej drodze przed oczyma Jezusa pojawiał się krzyczący tłum rodzący w obolałej głowie myśl: „Czyżby znowu krzyczeli Hosanna?” Nie, na tej drodze krzyczeli coś innego. Krzyczeli coś, czego nikt do dziś nie może zrozumieć. Dlaczego? Dlaczego tak krzyczeli? Czy On zrobił coś złego?
Ktoś ciągnął Jezusa za włosy. Przesuwała się korona, a jej ciernie przecinały krwawymi bruzdami skronie niczym pług orzący wiosenne pole.
Przemoc, postawiła Jezusa na nogi. Ktoś poprawił krzyż na Jego ramionach. Trzeba mu było iść…
Po to są drogi, by wiodły naprzód. Po to jest człowiek, by szedł. Człowiek musi iść swoją drogą. Jezus też iść musi.
Wyprostował się, by złapać oddech i ruszyć w drogę. I wtedy zobaczył Matkę. Stała przytulona do rogu jakiegoś muru, zapatrzona w Syna, zanurzona w mrocznym milczeniu boleści. Zwarły się ich spojrzenia. I podbiegła Matka jakby chciała przytulić Syna. Nic nie mówili, bo co było do powiedzenia? Czy istniało słowo mówiące więcej niż rozszerzone bólem oczy Matki i zalane krwią gasnące oczy Syna?
Później ona upadła, a Syn poszedł dalej krzyżowej drogi szlakiem. Tłum, krzyczał jakby rozeźlony widokiem Matki i Syna. Popchnięcie rzymskiego żołdaka i kolejny krok na ostatniej drodze Jezusa.
Ktoś krzyczał: „On idzie, jakby szedł po wodzie.” Na te słowa, Jezus podniósł głowę i znów widział twarz Piotra, który krzyczał: „Jeśli to ty Panie, to pozwól mi przyjść do ciebie po wodzie”. Nagle podmuch wiatru, niczym owej nocy na jeziorze i słowo płynące z ust Jezusa: „Chodź! Przyjdź, przyjdź do mnie po wodzie”.
I przyszedł, ale był inny, bo nie pachniał galilejską rybą, ale zapachem pszenicznego pola i winnicy z Judzkich Wzgórz. Wziął krzyż Jezusa na swoje ramiona. I teraz szli już razem.
Wydawać się mogło, że pochód zaczął posuwać się szybciej. Czuło się, że wszyscy się spieszyli. Spieszyli się starsi ludu, faryzeusze i kapłani, aby raz na zawsze skończyć z Jezusem. Aby wrócić do świątyni i tam rękami umoczonymi we krwi niewinnego Człowieka-Baranka, wznieść do nieba ofiarę na cześć Ojca, którego Syna zabili.
Spieszyli się żołnierze, bo mieli dość przepychania się prze rozkrzyczany tłum. Spieszył się tłum, bo słońce niedługo miało skryć się na zachodzie i trąby świątynne ogłosić nastanie czasu Paschy. Spieszyli się wszyscy, by przed zmrokiem zdążyć nasycić oczy widokiem śmierci. Wszyscy myśleli o swoich zajęciach, o swoim wypoczynku, prawach i komforcie.
Wydawać się mogło, że na tej Drodze jest tylko bezduszny tłum. Ale tak nigdy nie jest, na każdej drodze cierpienia są też inne serca. Na drodze krzyżowej znalazła się ona - kobieta, która rąbek z głowy zdjęła i otarła twarz zalaną krwią. Przy bramie zaś zwanej Piękną stały one - smutne i współczujące jak cmentarne wierzby płaczące. Były tam jakby swoimi łzami chciały napoić serce spragnione współczucia. I był On, który rzekł: „Nie płaczcie nade mną, lecz nad synami swoimi.”
Poszedł Jezus dalej, jakby wleczony cieniem niesionego przez Szymona krzyża. Jeszcze raz upadł i tylko słowa „wstań, idziemy”, płynące z ust Szymona, sprawił, że Jezus umarły, ale jeszcze żywy, wstał i poszedł na szczyt.
Na Golgocie upadł, aby złapać oddech potrzebny do ostatniej sceny tego dramatu. Spojrzał w kierunku tego, który pomógł, ale on jakby ze wstydu nie chciał czekać na Jego spojrzenie. Rzucił krzyż na ziemię i odszedł w pośpiechu. Chciał uciec przed słowem już z trudem na wargach Jezusa uformowanym, ale nigdy nie wypowiedzianym.
Tak skończyła się historia ostatniej drogi Jezusa z Nazaretu. Tego, który sam siebie nazwał Synem Człowieczym. Ta ostatnia droga krzyżowała się z drogami wielu ludzi, którzy na niej Go spotkali. Na każdym spotkanym człowieku wycisnęła znamię.
Tak jest i z naszą drogą, którą kroczymy przez świat przez Boga nam dany. Pamiętajmy, że przez nasze życie nie idziemy sami. Drogi nasze łączą się i krzyżują z drogami innych ludzi. Nasze drogi życia zahaczają o życie napotykanych ludzi, o ich serca i łzy. I tak, jak nie możemy odłączyć się od Boga, tak samo nie jest możliwe, aby cokolwiek odłączyło nas od przypadkowo spotkanego w drodze człowieka.
Zawsze spotkamy człowieka na swojej drodze. Nieważne, czy dobrego czy złego, ale człowieka. Obok człowieka można przejść na różne sposoby i tego uczy nas Droga Krzyżowa. Uczy o tym, że można spotkanego człowieka ominąć spokojnie i obojętnie, tak jak samochody mijające się na ulicy. Można nie mieć nic do powiedzenia drugiemu człowiekowi. Można z drugim człowiekiem ubić interes, omotać i wykorzystać, by na nim w sposób uczciwy czy nieuczciwy zarobić. Można wyciągnąć dłoń do człowieka i zagarnąć go tylko dla siebie, aby nikt inny nie mógł się nim cieszyć, cieszyć jego miłością i miłosierdziem. Można przywłaszczyć sobie drugiego człowieka i zamknąć go w celi swojej pozycji społecznej i władzy.
Ale można i tak, jak Szymon z Cyreny, który uciekł z Golgoty. Patrząc na Jezusa i Jego Krzyżową Drogę widzimy, że na skrzyżowaniu ludzkich dróg z Jego Drogą można znaleźć ludzi niosących serce na dłoni. Albo takich jak Szymon, którzy wstydzą się litości okazanej nawet z przymusu. I pytać można, dlaczego tak jest? Bo zwyczajnie takie czasy, kiedy czystość stała się wstydem a litość słabością.
Czy naprawdę nikt nie usłyszał słów, które zastygły na wargach Jezusa w chwili, kiedy odchodził Szymon z Cyreny? Mówią ludzie, że Maria z Magdali słyszała, jak Pan szeptał: „Szymonie, nie wstydź się swojego serca. Nie wstydź się, że podałeś rękę potrzebującemu pomocy. Nie wstydź się krzyża, który niosłeś w imię miłości. Szymonie, nie wstydź się krzyża i drogi, po której on ciebie prowadzi… Zaczekaj … posłuchaj i płacz ze mną … Szymonie …“