Powie ktoś: czekać - ale na co? Dzisiejszy świat nie umie czekać. Wszystko ma być zaraz i naraz. Od szybkości w działaniu zależy cały postęp i rozwój. Problem w tym, że owa szybkość, choć skoncentrowana na czymś szczególnym, może pomijać i bagatelizować inne ważne elementy.
W misyjno-ewangelizacyjnym działaniu może być podobnie. Jest rzeczą naturalną, że chcielibyśmy widzieć owoce naszych starań, poświęceń, w ogóle całego życiowego trudu. Tymczasem tak to nie działa. Łaska Boża ma swój czas, a Pan Bóg swój styl. Nie wolno nam zapomnieć, że jesteśmy tylko narzędziami w Bożych planach, które zanim zaczniemy realizować, trzeba najpierw poznać. Ale jak to zrobić? Tu jest szkopuł, bo zaczyna się od zgiętych kolan.
Jak nam dobrze się dzieje, to za bardzo nie myślimy o tym, by bezustannie uzgadniać nasze poczynania z Bożą wolą. Bywa, że nie uważamy tego za konieczne. Działamy na własną rękę, a potem chcemy, aby Pan Bóg to jakoś „przyklepał”.
Niby to życiowe, by powiedzieć do swego dziecka: „Musisz wszystkiego spróbować, by móc porównać i ocenić co jest co”. Tak, ale ile to już razy tego rodzaju próby kończyły się czymś, czego już się nie udało odwrócić. Pozostał niesmak na całe życie.
A co na to nasz Ojciec? Myślimy o naszym Założycielu. Nie jest tak, że nigdy się nie pomylił. Ten tylko się nie myli, kto nic nie robi, choć to akurat może być największą pomyłką. O. Arnold powiedział tak: „Wszystko we właściwym czasie. Do prawdziwej mądrości należy również odczekanie na właściwy czas”. I trzeba powiedzieć, że często się tą zasadą kierował. A jeśli chodzi tu o mądrość, to się to ociera o Ducha Świętego, dlatego czekając warto prosić o Jego światło.