O. Przemysław Szumacher SVD pracuje w kolumbijskim mieście, gdzie można mieć narkotyki „na własny użytek”. Chciał pracować z Indianami. Bóg postawił przed nim ludzi, którzy strzelają do siebie nawet pod kościołem, a nawrócenia i modlitwy potrzebują wszyscy.
Łukasz Goławski SVD: Jak to się stało, że w Ojcu wzbudziło się pragnienie bycia misjonarzem?
Przemysław Szumacher SVD: To było w moich młodzieńczych latach. Kończyłem szkołę podstawową i szedłem do technikum. Mieliśmy wtedy spotkanie z misjonarzem. Był to oblat z Madagaskaru, pokazywał, z kim pracuje i jak wygląda jego misja. Wszystko miał nagrane na kasetach VHS. Ta ciekawość pracy w nieznanych krajach została ze mną na lata. A kiedy kończyłem szkołę średnią to wróciło. Dzięki znajomej mojej mamy pojechałem na rekolekcje do Laskowic. To był 2001 rok. Spotkałem tam o. Jerzego Palkę SVD. Opowiadał nam o Angoli i Paragwaju. Po maturze stwierdziłem: a niech się dzieję co chce i wysłałem swoje dokumenty do Nysy. Zostałem przyjęty.
A dlaczego Ojciec pojechał do Kolumbii?
Podczas swojej formacji miałem okazję pojechać na doświadczenie misyjne do Paragwaju. Tam, razem z oo. Janem Krajzą i Henrykiem Gąską, mogłem mieszkać wśród Indian Guarani. Podczas półrocznego pobytu poznałem ich kulturę oraz zwyczaje. Misja skupiała się bardziej na pomocy humanitarnej, ale oni byli bardzo otwarci na katolicyzm. Pomagaliśmy też dzieciom przygotowywać się do sakramentów. Byłem tym zachwycony. Kiedy po zakończeniu formacji przyszedł czas pisania petycji misyjnych, to wybrałem te kraje, które akcentują pracę z Indianami. Takim krajem między innymi była też Kolumbia.
Rozdzielanie pomocy żywnościowej dla biednych (fot. archiwum Przemysława Szumachera SVD)
Jednak ojciec nie trafił do Indian. Obecnie jest Ojciec w Cali. Polakom to miasto kojarzy się bardziej z serialem Narcos. Z czym Ojciec się tam mierzy? I gdzie znajduje się dokładnie Ojca parafia?
Nasza praca na parafii skupia się na posłudze sakramentalnej. W tym wymiarze pomagamy nawet w katedrze. Tutaj każde przygotowanie do sakramentu odbywa się na parafii, ponieważ w Kolumbii nie ma lekcji religii w szkołach. Dlatego w ciągu tygodnia dosyć intensywnie rozplanowana jest praca z grupami, a najwięcej z nich tworzą dzieci. Przygotowujemy je do pierwszej komunii i bierzmowania. Pomagają nam w tym oczywiście świecy katecheci. Co się tyczy dorosłych, to katecheza musi być bardziej obszerna. Pomiędzy bierzmowaniem, a innymi sakramentami istnieje coraz większa luka w formacji. Oprócz tej podstawowej pracy prowadzimy też duszpasterstwo afrokolumbijskie. Są to czarnoskórzy potomkowie niewolników z Afryki. A nasza parafia znajduje się we wschodniej części miasta Cali. To jest dzielnica biedy. W Kolumbii każde miasto jest podzielone na dzielnice według statusu życia. Poziom pierwszy to są te najbiedniejsze miejsca, a piąty najbogatsze. Naszą parafię zamieszkują ludzie z poziomu pierwszego. Od danego poziomu, na przykład, są naliczane odpowiednie rachunki: za wodę, prąd i gaz.
A kartele narkotykowe? Czy nadal istnieje to niebezpieczeństwo?
Tak. W powszechnym pojęciu Kolumbia równa się narkotyki. Rzeczywiście, jest dziś trochę niebezpiecznie, jest wiele band kryminalnych. Na terenie mojej parafii znajdują się grupy młodych ludzi, którzy dbają o swój teren. W mieście Cali przez różne uliczki przechodzą niewidzialne granice. W tym jedna za nasza parafią. Zawsze siedzi tam kilku chłopaków, którzy dbają o to, by nikt obcy nie wchodził na ich teren.
Parafialna grupa odwiedzająca chorych modli się przed wizytą (fot. archiwum Przemysława Szumachera SVD)
A wy, misjonarze, musicie też to respektować? Czy staracie się wychodzić do takich ludzi, żeby przybliżyć im Boga?
Nie. My chodzimy ubrani pod koloratką, poza tym często nie idziemy sami. Jak widzą, że z parafii wychodzi grupa to mają zaufanie. Poza tym widzą, że idzie ksiądz. Ale jakby ktoś zupełnie obcy próbował wejść to zaczynają strzelać. Raz przerwałem mszę świętą z powodu strzelaniny przed kościołem. Mamy też grupę misyjną. To są starsze kobiety, które wychodzą na zewnątrz i ewangelizują. One z nimi rozmawiają, zapraszają do kościoła. Bywa tak, że ci młodzi sami przychodzą. Siadamy wtedy z nimi i rozmawiamy.
Był Ojciec świadkiem nawrócenia takiej osoby?
Ciężko jest przypomnieć sobie jeden przypadek. Zdarza się to. Przychodziły do mnie osoby, które dosłownie zabijały ludzi. Jest taka grupa, która nazywa się Lazos de Amor Mariano (Więzy miłości maryjnej). Są to świeccy, którzy organizują spotkania, zapraszają księży. Osoby, które szukają Boga mogą tam zacząć etap nawrócenia w swoim życiu. Celem głównym jest spowiedź. Najczęściej po wielu latach. To wtedy wielu członków karteli rozpoczyna swoją przemianę. Średnio na jedno takie spotkanie, co dwa tygodnie, przychodzi 120 osób.
A jak wygląda problem narkotyków?
Jestem często świadkiem, jak ludzie kończą swoje życie na ulicy. Kolumbia jako państwo kompletnie sobie z tym nie radzi. W kraju jest przyzwolenie, by posiadać narkotyki na swój własny użytek. Pokazujesz policji biały proszek i mówisz, że jest twój. Władza z tym nic nie zrobi. Nie wolno rozprowadzać i sprzedawać, ale dla siebie można mieć
Parafia w Cali. Projekty prac Papieskiego Dzieła Misyjnego Dzieci (fot. archiwum Przemysława Szumachera SVD)
Pewnie macie sporo pracy w zakresie humanitarnym?
Tak. Mamy taki zwyczaj, że na mszach świętych stawiamy duże koszyki, szczególnie w niedziele. Ludzie przynoszą jedzenie dla biednych. Co drugi wtorek pakujemy paczki i rozdajemy. Ale ludzie też sami między sobą potrafią być solidarni. Dzielą się tym, co mają.
Czy jakieś obyczaje religijne zdziwiły Ojca na początku pracy?
Kościół katolicki na całym świecie jest ten sam, jednak w każdym kraju inaczej przeżywa się pewne obrzędy. Ja w Kolumbii byłem kilka lat na północy, a teraz jestem na południu. Nawet w jednym kraju widać różnice. Tam lubili tańczyć i klaskać podczas uwielbienia, msza trwała bardzo długo. Na południu jest więcej spokoju. Same nabożeństwa są podobne do polskich. Samo przeżywanie Wielkiego Tygodniu jest jednak bardziej uroczyste. Ludzie od poniedziałku biorą wolne i każdego dnia coś się dzieje. Oni to bardzo przeżywają. Bardzo nagminne i nachalne jest też to, że chcą wszystko święcić wodą święconą. Kończy się msza święta i prawie wszyscy czekają aż zostaną polani. Błogosławią wszystko, co mają, nawet klucze do domu. Każdego dnia, gdy widzę to wszystko co, się wokół mnie dzieje, cały czas się modlę. To pomaga. Zawsze doświadczam Bożej opieki.
Rozmowa z o. Przemkiem była dla mnie bardzo budująca. Pokazała mi misje od innej strony. Posługa w dzielnicach biedy wymaga ogromnej wiary i odwagi. Pan Bóg posyła tam, gdzie chce i kogo chce.
Tekst za: Komunikaty SVD