Trasa Pieniężno-Olsztyn. Czerwiec 2025. Miesiące od maja do września to czas, kiedy w Polsce przebywa więcej werbistów. Misjonarze przyjeżdżają co trzy lata na swoje wakacje do kraju. Taką „gwiazdę rocka”, o. Wojciecha Pawłowskiego SVD, który pracuje w Ugandzie, miałem okazję przywieźć do nas na parafię. Do „nas”, bo jako kleryk większość czasu spędzam w parafii św. Arnolda w Olsztynie. W Pieniężnie bywam w weekendy. Droga nie jest tak długa więc od razu zaczynam rozmowę.
Łukasz Goławski SVD: Ojcze, dlaczego jesteś księdzem?
Wojciech Pawłowski SVD: Wiesz, to nie jest łatwe pytanie. Jako młody nastolatek zadawałem sobie różne pytania, miałem trochę duszę filozofa. W mojej zwizualizowanej przyszłości nie widziałem siebie jako kogoś, kto otwiera swój biznes, skupia się na zarabianiu pieniędzy i ma rodzinę. Nie miało to dla mnie sensu. Szukałem czegoś głębszego.
Ale same myśli o kapłaństwie, kiedy się pojawiły?
W czasie rekolekcji szkolnych. Moi koledzy nie byli chętni, ale ja poszedłem z ciekawości. Organizowali je franciszkanie. Zakonnik, który je prowadził, mówił na temat Pisma Świętego i postawił pytania. Czy my naprawdę żyjemy tym przesłaniem? Czym ono jest dla mnie? Książką czy sposobem na życie? Doszło wtedy do mnie, że mam w domu Biblię, z tym, że prawie jej nie otwieram.
Rekolekcje to pewnie zmieniły?
Tak, rzeczywiście zacząłem czytać Pismo Święte. Z biegiem czasu byłem nawet nim pochłonięty. Na nowo odkrywałem naukę Jezusa i stwierdziłem, że chce zmienić jakość swojego życia.
O. Wojciech Pawłowski SVD z katechistami w obozie Bidibidi (fot. archiwum Wojciecha Pawłowskiego SVD)
Który fragment Ojca uderzył najmocniej?
Nie było żadnego konkretnego fragmentu. Bardziej chodziło o zaparcie się siebie i pójście za Chrystusem. Nieświadomie zacząłem praktykować to, co robił św. Franciszek. Aplikowałem w swoim życiu to, czego Jezus wymagał w Piśmie Świętym.
To dlaczego werbiści?
No to jednak będzie związane z fragmentem Ewangelii. Rozmyślając natknąłem się na słowa „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!”. Złapała mnie wtedy refleksja. Dlaczego nie ja? To był czas przedmaturalny. Miałem 19 lat. Odczytałem, że to właśnie jest plan na moje życie.
Jak nasze zgromadzenie pojawiło się w Ojca życiu?
Przeglądałem w Internecie różne treści związane z powołaniami. Byli tam między innymi franciszkanie. Treści na stronie były jednak słabe. Nie było tam nawet bezpośredniej zachęty. Przypadkowo zobaczyłem hasło „Chodź z nami!”. Kliknąłem z ciekawości. Co to jest? Jacyś werbiści, nawet nie byłem do końca świadomy, kim oni są. Nie wiedziałem, że to zgromadzenie misyjne. Do Pieniężna pojechałem w lipcu. Wziąłem udział w programie powołaniowym „Chodź i zobacz!”.
I co, tak od razu Ojciec tam został?
Tak, na tych rekolekcjach powołaniowych miałem też rozmowę z rektorem domu. Po powrocie do domu powiedziałem rodzicom, że wstępuję do zakonu. Byli w szoku. Mama nawet się rozpłakała.
Podczas pielgrzmki Bożego Miłosierdzia w Sudanie Płd. (fot. Andrzej Dzida SVD)
A jak Ojciec wspomina sam czas formacji? Ile razy chciał Ojciec wracać do domu?
To był bardzo intensywny czas. Ja się po prostu cieszyłem będąc klerykiem. Nie myślałem, co będzie za 10 lat, kiedy będę księdzem. To była zbyt odległa wizja. Miałem dobrego mistrza nowicjatu. Był nim o. Bogdan Nowak SVD. Zbudował we mnie silny fundament bycia z Chrystusem, tu i teraz. Rozmyślanie, Eucharystia oraz Adoracja Najświętszego Sakramentu były moją codziennością. To tak naprawdę do dziś trzyma mnie przy Bogu.
Ojcze, ja często jadąc samochodem, czy idąc na spacer widzę piękne dziewczyny. Wtedy pojawia się w głowie myśl - „Czy ja na pewno wiem z czego rezygnuję”. Jak Ty sobie z tym radziłeś?
No tak. Jesteśmy normalnymi mężczyznami i działamy jak działamy. Na praktyce regency, kiedy byłem praktycznie rok poza klasztorem, miałem dużo koleżanek w pracy. Było wtedy dużo pokus. Miałem nawet oferty zrozumiałego typu. Dzięki Bogu, zawsze starałem się wizualizować sobie konsekwencję. Wiedziałem, że jedna decyzja może zniszczyć życie mi i tej drugiej osobie.
Kiedy Ojciec zaczął się zastanawiać, gdzie pojechać na misje?
To był już koniec formacji. Może Afryka, a może Rosja? Takie myśli przechodziły mi przez głowę. Potem zdałem sobie sprawę, że to drugorzędna sprawa. Okazało się, że największe potrzeby były w Sudanie Południowym.
O. Wojciech Pawłowski SVD w parafii Lainya w Sudanie Płd. (fot. archiwum Wojciecha Pawłowskiego SVD)
Jednak Afryka?
Miałem bardzo bliski kontakt z br. Markiem Wojtasiem z Czadu, o. Krzysztofem Kołodyńskim z Madagaskaru, Markiem Pogorzelskim z Togo. Bardzo dużo rozmawialiśmy. Zainspirowali mnie do tego, by zdecydować się na Afrykę. W moim wyobrażeniu, właśnie tam była ta pierwotna misja do pogan.
Jakie było Ojca pierwsze wrażenie po otrzymaniu decyzji z Rzymu?
Wow, jednak Sudan! Ale tam jest wojna. Panie Boże, byłeś ze mną cały czas, to i tam musisz mi towarzyszyć.
Jak wyglądał przyjazd do Sudanu?
Lotnisko to był zwykły hangar i puste pole dookoła. Gdy uderzyła mnie fala gorąca dotarło do mnie, że to nie jest bajka, że trzeba będzie zmierzyć się z rzeczywistością. Odebrali mnie współbracia i pojechaliśmy do misji. Dystans 100 kilometrów zajął nam około pięciu godzin. Gdy jechaliśmy przez dżunglę pojawiały się pytania w głowie. Krótko przed moim przyjazdem misja została spalona, nie było nawet wystarczającej liczby chatek, by się ulokować.
To była misja ad gentes, czy pracowaliście już z ochrzczonymi?
Dobre pytanie. Teoretycznie to była misja reewangelizacyjna. Tak zwana ‘płytka orka’, czyli ludzie ochrzczeni i pozostawieni bez żadnej formacji. Była silna rywalizacja z Kościołem anglikańskim, dlatego najpierw chrzczono, a później formowano. Wielu chrześcijan, których spotkałem, było anglikanami, którzy przeszli do tego Kościoła tylko i wyłącznie z braku katolickich księży.
Widok na obóz dla uchodźców Bidibidi w Ugandzie (fot. Krzysztof Błażyca)
Czyli jak wyglądały pierwsze miesiące?
Głównie odwiedzaliśmy stacje misyjne, robiliśmy tak zwany desant. Jechaliśmy jednym samochodem i wysiadaliśmy po drodze. Było nas wtedy czterech księży, a stacji około trzydziestu. Trwała wojna, ale nie dotykała nas bezpośrednio, bardziej pośrednio. Uderzał brak dostępu do paliwa, puste półki w sklepach.
Spotykał się jeszcze ojciec z rdzennymi religiami albo synkretyzmem?
Tam jest obecny szamanizm, tak zwany witchcraft. Jest jakiś człowiek, który wywołuje deszcz, duchy i rzuca uroki.
Były z nimi jakieś kontakty?
To ciekawe, że oni zawsze trzymają dystans do księży. My obserwujemy tylko skutki ich działaności. Krzyki, dziwne zachowania, a nawet manifestacje. Była taka mała dziewczynka i nie potrafiło jej utrzymać kilku mężczyzn. My się po prostu nad nimi modlimy. Nie odprawiamy uroczystych egzorcyzmów.
Czy doświadczył Ojciec szczególnego działania modlitwy?
Właśnie w tych przypadkach, po prostu uwielbiałem Boga. Prosiłem Go i tej osobie wszystko ustępowało. Jeśli chodzi o jakieś spektakularne uzdrowienia, to nie. Wydaje mi się, że Duch Święty unika spektakli.
Liturgia w jednej z kaplic w obozie Bidibidi (fot. Krzysztof Błażyca)
Ojciec mówił wcześniej o zaparciu się siebie. Czy ciężko jest mówić o tym ludziom żyjącym w nędzy?
Nie jest to łatwe. Staram się im pokazać to na linii chronologicznej. Zobaczcie, gdzie byliście jak żyliście w Sudanie Południowym, było spokojnie, o nic się nie martwiliście. Niestety rzadko ktokolwiek z was mógł przyjmować Komunię Świętą, nawet rzadko kto się modlił. Teraz jesteście uchodźcami. Pan Bóg z tego wielkiego zła jakim jest wojna, wyprowadził wielkie dobro. Teraz jesteście z Bogiem i to jest najważniejsze. Tłumaczę im, że w tych trudnych doświadczeniach jest głębszy sens.
Kiedy misje przestały być marzeniem, a stały się codziennością?
To chyba podczas pandemii, kiedy też ciężko przeszedłem tę chorobę. Byłem ograbiony z sił i podłamany. Zadawałem sobie wtedy pytanie, co dalej. Czy jestem fizycznie i duchowo gotowy na to żeby dalej pracować? Czy jest we mnie ta iskra z początku? Nie mogliśmy wtedy za bardzo duszpastersko się angażować. Ja wtedy doszedłem do wniosku, że trzeba kontynuować misję. To był punkt zwrotny. Powiedziałem: „Boże przejmij stery.“ Możesz udawać chojraka, ale my jesteśmy mali i bez Niego nic nie znaczmy. Ja się wyleczyłem z tej koncepcji, że będę bohaterem. Zresztą, teraz pracuję w obozie dla uchodźców, a to uczy pokory.
\
O. Wojciech Pawłowski SVD w obozie Bidibidi w Ugandzie(fot. Krzysztof Błażyca)
Czy spotkał się Ojciec ze zdziwieniem i pytaniami, o powody swojej pracy?
Co chwila pytają, czy źle było w Polsce? Ludzie tego nie rozumieją, może widzą we mnie bohatera, ale ja w tych kategoriach nie patrzę. Ja myślę, że to powołanie i za nie Bogu dziękuję. Głoszenie Ewangelii tam, w Sudanie, czy Ugandzie ma moc przemieniającą życie. Widzę, jak Pan Bóg mówi do serc tych ludzi. Oni potrafią modlić się za wroga, który wyrżnął im całą rodzinę.
Czy czuje Ojciec cały czas Jezusa, który mówił niegdyś: pójdź za mną?
Tak. Czasami przez wir pracy trzeba sobie o tym przypominać. Po to potrzebne są rekolekcje. My mamy tendencje do tego, żeby zapominać wielkie dzieła Boże. Bóg jest obecny w każdym człowieku i zdarzeniu w naszym życiu.
Ojca Mariana Żelazka zapytano kiedyś, czy nie brzydzi się podejść do trędowatego, gdy on cały gnije, śmierdzi i nie wygląda za przyjemnie. On odpowiedział, że tam jest Chrystus.
Potwierdzam. Bez Chrystusa nasza praca będzie zwykłym humanitaryzmem.
Gimnazjum w obozie Bidibidi w Ugandzie (fot. Wojciech Pawłowski SVD)
Ojciec Wojtek Pawłowski SVD to niezwykła postać. Podczas wojny domowej razem ze swymi parafianami uciekł z Sudanu Południowego do Ugandy. Nie zakończył swojej misji. Nie wrócił do Polski. Pozostał ze swymi podopiecznymi i nadal pracuje z Sudańczykami, mimo, że nie może wrócić do kraju swojego przeznaczenia.
Sama rozmowa dałam mi pozytywnego kopa. Jako kleryk często zastanawiam się, co będzie, chcę już pojechać na misje, działać, pracować i ewangelizować. Ta podróż uświadomiła mi, że trzeba się całkowicie powierzyć Bogu, oddać mu stery. On wie lepiej.
Tekst za: Komunikaty SVD