Ostatni raz spotkałem o. Achima w Tamale pod koniec marca 2014 roku. Był w drodze do Polski, ponieważ zdiagnozowano u niego poważną chorobę. Ta podróż mogła wydawać się podobna do wielu poprzednich. Podczas tego spotkania nie mówił o swojej chorobie, ale dzielił się swoimi planami i przedsięwzięciami, które miały na niego czekać po powrocie. Planów, jak zawsze, miał mnóstwo. Niewiele wcześniej rozpoczął poważne projekty w Yendi i powoli nabierały one rozpędu. Przez ostatnie kilka lat był bardzo zaangażowany w rozwój małego zakładu produkującego masło z orzechów shea.
Świat według werbistów
BLOG
U św. Patryka w Bristolu jest wiele grup, ze dwadzieścia. Większe, mniejsze - wszystkie starają się spotykać. Wśród nich są też grupy narodowe. Parafia jest bowiem bardzo kolorowa i międzynarodowa. Dla przykładu: w niedzielę, 24 września było w parafii aż sześć Mszy św.: trzy angielskie, polska, węgierska, brazylijska. Wszystkie dosyć liczne. Ludzie przyjeżdżają nawet z daleka.
Na mszy węgierskiej był nawet były trener węgierskiej kadry piłki nożnej. Na brazylijskiej jest bardzo żywo.
Samochód pomalowany jest w wojskowe barwy. Ma specjalnie zamontowaną naczepę z zadaszeniem. Widać, że całość zaadaptowana jest specjalnie na pogrzeby. Po bokach metalowa konstrukcja ze zdobieniami. Nawet otwarte burty obite są aksamitnym materiałem. Pod zadaszeniem leży tylko wieko, bo samą trumnę z ciałem niosą zaraz za pojazdem żołnierze. Dwóch pierwszych niesie w rękach karabiny.
Kondukt jest już blisko nas. Świadkowie czekający po bokach drogi klękają. Przyklękamy i my z Vaclavem. Na chwilę. Po chwili, powoli wstaję i nieśmiałym ruchem przykładam oko do wizjera aparatu.
Anthony pochodził z małej wioski Mayamam, położonej gdzieś w połowie drogi z Chereponi do Wenchiki. Jego rodzinna miejscowość jest niemal w całości zamieszkała przez muzułmanów. Dlatego dla niego i jego bliskich bycie chrześcijaninem było ciągłym wyzwaniem i oznaczało życie pod presją.
Nie rzucał w oczy. Zawsze uczestniczył we Mszy św. o godzinie 6.30 rano, a gdy nie było kapłana, sam prowadził nabożeństwo Słowa i udzielał zgromadzonym Komunii Świętej. Przed Mszą przygotowywał czytania.
- Jaka to wiara i jacy my dla nich bracia, skoro oni tu przychodzą zabijać nas i naszą kulturę. My nic im nie zrobiliśmy. Nie dokonaliśmy agresji na ich ziemie. My bronimy tego, co nasze, naszą ziemię, nasze żony i dzieci. Nie dopuszczamy, aby przyszli dalej - tłumaczy Roman. - Jaka to u nich wiara, jeśli mamy Wielkanoc, Święto Zmartwychwstania, a u nich nawet batiuszka błogosławi i posyła do zabijania Ukraińców. Jaka to wiara?! To nie jest wiara tylko propaganda. U nich wiary nie ma!
W lipcu 2023 r. po wielu latach powróciłem do Domu Misyjnego św. Józefa w Górnej Grupie. Właśnie to miejsce obudziło we mnie przeżycia, których doświadczałem ponad trzydzieści lat temu.
Małe drzewka, które wtedy wystawały nieco ponad ziemię, teraz są tak wielkie, że można znaleźć pod nimi schronienie przed słońcem. Mogą one nieco wyobrażać nasze młodzieńcze pragnienia, które dojrzały, ale i przybrały całkiem inny kształt niż ten, który dość misternie kreśliliśmy wtedy w naszych myślach.
Wyszedłem do ogrodu naszego międzynarodowego seminarium Common Formation Centre w Tamale w Ghanie. Na zewnątrz, w pobliżu domu naszego nigeryjskiego sąsiada, ktoś podpalił suchą trawę i chciałem zobaczyć, czy aby ogień nie rozprzestrzenił się już na teren naszej posesji. Byłem tak zaprzątnięty tym pożarem, że zupełnie zapomniałem o możliwym niebezpieczeństwie podczas palenia buszu.
Zrobiłem sobie takie osobiste podsumowanie minionych czterech lat. Kartka podzielona na pół. To, co zaplanowane i to, co wykonane. Niestety plany, mimo że ograniczone z wiadomych względów, o wiele obszerniejsze niż to, co udało się zrobić, domknąć. I to zarówno te zamknięte w domenie materialnej, jak remonty, ulepszenia tego, co jest czy nowe inicjatywy, jak i te odnoszące się do rzeczywistości duchowej. I pytając samego siebie, dlaczego tak jest, nie potrafiłem udzielić odpowiedzi innej, niż brak czasu.